poniedziałek, 7 sierpnia 2017

no i ten, tak poza tym

wiele księżyców temu

o tej porze, w słoneczny dzień siedzieliśmy i patrzyliśmy na siebie, a potem chodziliśmy wokół. dwa lata temu to był bardzo ważny dzień, ponieważ od tego momentu mam status "w związku". kawa, i lody i tartoletka. nie wiem czy pamiętasz, czasami zastanawiam się czy pamiętasz. miałam tę sukienkę w ciemną łączkę, a ty białą koszulę, która wyglądała jak lniana. to było ważne. dzisiaj odprawiłam się do Dublina, a raczej Pe mnie odprawił. to jest innego rodzaju zadowolenie, zupełnie niepodobne do tego sprzed dwóch lat. w zasadzie nie mam jak tamtego porównać do niczego.

tak napisałam dwa dni temu. dzisiaj wieczorem jest częściowe zaćmienie księżyca, a ja mam zaćmienie mózgu z powodu zatok, które męczą mnie od wczoraj. w niedzielę kupiłam trzy pary butów. słucham Tylko o nas. jutro jadę po ekuz. z Pe rozmawiamy od rana o muzyce i smutnych efektach piciu trunków.

sobota, 5 sierpnia 2017

dzień

w którym miałam dół w zielone kwiatki a górę w niebieskie paski i zauważyłam to dopiero, gdy chodząc od naleśnika do naleśnika i nucąc Bukartyka niechcący spojrzałam w lustro w pokoju. po południu Pe mnie odprawia. po południu mijają dwa lata. zaniedbał. nie uleczył.
   

mela koteluk dlaczego drzewa nic nie mówią

piątek, 4 sierpnia 2017

Warschau

wróciłam wczoraj wczesnym wieczorem, miało być wcześniej, ale skrewił szynobus na prowincję.

poniedziałek


pierwszego dnia byłyśmy z Luś i A. w mieście już około 11. ponieważ kwaterę na osiedlu za żelazną bramą miałyśmy mieć udostępnioną dopiero o 13:30 poszłyśmy na Próżną do kawiarni o takiej samej nazwie. wciągnęłam pierogi z kapustą, porozkoszowałam się tortem bezowym. z powodu tortu obiecywałyśmy sobie, że jeszcze tu wrócimy, potem dopiero okazało się, że nie w czasie tego wyjazdu, może kiedy indziej ...

pokój miał nr 411.

po południu postanowiłyśmy wbić się jeszcze do tego osławionego muzeum powstania warszawskiego. po drodze zajrzałam na Waliców 14 i to był hit popołudnia, bo o muzeum nie da się tego powiedzieć.




dwie rzeczy: na samym wejściu sala gloryfikująca dzieci w powstaniu. no kurwa! po drugie sala na temat GROMu. co najemnicy mają wspólnego z powstaniem? nie wiem. nikt nie wie, więc nikt nie zapyta. wzruszające listy powstańców do rodzin, poza tym wielkie rozczarowanie. oczywiście Luś się zachwycała i z zaangażowaniem szukała brzydkiej syrenki.

potem uderzyłyśmy w stronę wiadomo czego, po drodze była ulica Kozia ...


jest bardzo ciepło ... oczywiście zmierzamy na Freta ... 


potem takie klimaty za oknem:


wtorek

a tak w ogóle to z udogodnień raptem było żelazko. żadnych garów, nie mogłam ugotować owsianki, którą przytachałam z domu ...



nie tak znowu rano wpakowałyśmy się do tramwaju, a potem do autobusu na cmentarz wojskowy. upał był niemożebny, początkowo planowałam zanieść cienkie mentole na grób Czubaszek, ale w efekcie lekkiego udaru w ogóle jej nie znalazłam. w tym roku do grobów trójki bohatyrów miałam uraz z powodu natłoku chust na krzyżach. obfotografowałam w zamian grób zapomnianego Borowskiego.



podobno mają dekomunizować Powązki, więc to może ostatni mój zakręt wokół towarzysza Wiesława był. znalazłam również ciekawy nagrobek z arabskimi zawijasami ...


z powodu zagrożenia udarem dojechałyśmy do ronda mijając naszą poprzednią kwaterę z zeszłego roku na Burakowskiej i wpadłyśmy na schłodzenie mózgów do Arkadii. po szamie i dwóch sokach zeszłam do empiku, gdy dziewczyny molestowały Grycana. oczywiście złota kolekcja Młynarskiego wpadła mi w ręce. druga płyta jaką kupiłam to najnowsza Bukartyka "O zgrubnym wpływie uczuć wyższych". dopiero dzisiaj ją zgrałam na laptopa. Genialna! (Dyjak zdecydowanie powinien nagrać swoją wersję "O przyjaźni", to wchodzenie w refren w tej piosence jest takie dyjakowe ^^)


gdy szłam do kasy omiatałam wzrokiem półki z prawilnymi analizami wielkiego powstania i natrafiłam wzrokiem na "Obłęd'44" Zychowicza. droga była cholera, więc założyłam sobie kartę empik ... trochę nieprawilna. btw, postanowiłam, że sprezentuję ją Pe (nie wiem jak to się pisze, s? z?)


wylazłyśmy z Arkadii dopiero po 15, kiedy było już dla mózgów bezpieczniej. i w zasadzie miałyśmy się spóźnić na godzinę W na zamkowym, ale przybyłyśmy minutę przed ... 


po wszystkim spotkaliśmy się z kuzynem Luś ... wcześniej oczywiście Freta i marchewkowe ... 


i przeszłyśmy przez koncert na placu defilad ... tym razem nie okazałam zainteresowania śpiewnikom ... 


środa

(a tu taka ładna miejscóweczka o poranku.
green nero kawiarni jest w Wawie jak kotów ...)


miała być na Wilanów i była. przypomniało mi się, że to tutaj mam grupowe foto z Templariuszem sprzed ponad 20 lat. nie było już tak bardzo gorąco jak poprzedniego dnia, albo sączenie Muszynianki robi ogromną różnicę. do Wilanowa trochę pokręciłyśmy, bo najpierw dwa przystanki metrem, potem lekka konsternacja, bo trzeba było znaleźć drugą nitkę. M1 dojechałyśmy gdzie trzeba, ale ta wilanowska to taka trochę z koziej dupy trąba i trzeba było znaleźć właściwy autobus na kolejnym dworcu.





żeby do szczętu nie zmarnieć po takiej dozie kultury przykrytej kurzem poszukałyśmy restauracji. dwaj kelnerzy od razu skojarzyli mi się z kelnerami z "07 zgłoś się", tacy oślizgli goście. zupa krem z pomidorów była dobra, ale sałatka z łososiem już tylko poprawna, zresztą jakiś jeleń gapił się na mnie ze ściany, więc czy to mogło naprawdę smakować? pytanie retoryczne ...

w drodze powrotnej bezcenny okazał się autobus 180.

po godzinie spędzonej w Pożegnaniu na Freta z koleżanką Luś, halsując udałyśmy się jakby na senatorską i inne takie ...




pod naszym pokojem była mała pizzeria. oprócz pizzy, której połowę zabrałam na bazę, dostałyśmy darmowe soki ostatniej godziny. nie była natomiast rewelacją wizyta w Brooklynie, który miałyśmy po drugiej stronie ulicy. owszem, brownie, kawa. ok.

wieczorem z bazy po skosie wypad w japonkach, żeby zobaczyć synagogę Nożyków. świeciły się światła w oknach.


czwartek


obudził mnie deszcz za otwartym oknem ...

na śniadanie poszłyśmy do dokładniej tej samej nero caffe, która wspomogła nas dzień wcześniej ...


beza zmęczona, trochę za słodka (i tu powiem Ci, żebyś nie wydziwiał, bo dobra beza wcale nie jest taka słodka na jaką wygląda)

ok. 11 wyruszyłyśmy na centralny i na moment przynajmniej dogrzałyśmy tę samą miejscówkę w starbucksie co zwykle ...


wracałyśmy Słowackim prawie pięć godzin od 12:05. jechały z nami dwaj chłopcy, w tym jeden uroczy kudełek, który w przejściu siedział na poduszce w kotki i czytał Prousta (!). drugi miał kowbojski kapelusz i długie blond włosy. takie chłopaki z Suwałk :D.


mogę adoptować, mogę pokochać. co ja mówię, już kocham!

w Słowackim na szczęście klimatyzacja bez zarzutu, a o szynobusie-widmie już wspomniałam, spóźniłam się na wszystkie możliwe połączenia  i jechałam z laskami Koninem z 18.35. w domu czekała już na mnie paczka z zamówionym Whitmanem i pierwszym tomem wierszy Bukartyka z 1985. ciężkie jak siekiera, dokładnie tak, jak to później napisał :D. i co ci mam powiedzieć? siedzę tu od rana i słucham jego płyty, co druga pieśń to perełka, muszę pójść na wrześniowy koncert w klasztorze. przez to jedyną rzeczą praktyczną jaką dzisiaj zrobiłam jest pranie ...


oj tam