niedziela, 8 czerwca 2014

na wycieczkę byłam, mój drogi kotę

jeszcze nigdy tak szybko nie wypakowałam się po podróży, zazwyczaj ręcznik mokry zalega mi w torbie przez trzy dni, a wczoraj siedem minut i już lecę na ławeczkę. a więc tak właśnie było:

czwartek 5.06 / po pierwsze to myślałam w nocy, że umrę
ale jednak nie umarłam, a skoro miałam do wyboru iść do pracy, albo iść do pracy w górach, to sobie wybrałam piękną śmierć
jeszcze tydzień wcześniej czytałam, że albo pogoda strasznie burzowa, albo przynajmniej będzie lało. tymczasem nic z tych rzeczy, tylko trochę chmur kiedy jechaliśmy na Jawor. przed południem weszliśmy do Kościoła Pokoju. i jechaliśmy mercem, który prowadził pan Marek. pan Marek miał w lutym zawał, więc teraz jest zen. podobał mi się.

w Kowarach pojawiliśmy się około południa. luźne ruchy, dobry obiad i spacerek po okolicy. talerz żuru ratuje mi oskrzela.

jeszcze zanim przylazło 100 wrzeszczących bachorów

hit tych 3 dni: różowe skarpetki frotte

żur ratowniczy z jaje

na lewo w tle Śnieżka

widzisz kotę, z okna widać było kotę

piątek 6.06 / pan Lech został naszym sudeckim przewodnikiem na dwa dni. był źródłem różnych mądrości (w Karkonoszach nie ma nic naturalnego oprócz mojego uśmiechu). bez ogródek weszliśmy z nim na czerwony szlak. już któryś raz zauważyłam, że wokół schronisk kręcą się koty o zbójeckich pyskach. potem była droga przez mękę. trzy lata temu wjechaliśmy sobie na Kopę, ale w pracy jest inaczej ^..^. samo główne podejście na górę to był już krótki pikuś. tyle, że zdjęć zrobiłam niewiele, bo ciężko jest jednocześnie pstrykać fotki i umierać. wypiłam swój soczek wieloowocowy, wypiłam soczek wieloowocowy przewodnika, pogoda trochę pomagała, bo od czasu do czasu chmurka przysłaniała słońce. ponieważ przyjechałam w góry z początkiem zapalenia oskrzeli nie mogłam złapać powietrza, potem pękła mi żyłka w nosie (dobrze, że nie w tyłku), ale dałam radę, bo jestem niezniszczalna.

przy "Nad Łomniczką"


na moment odzyskuję świadomość
/ czerwony szlak

zeszliśmy ze Śnieżki drogą jubileuszową i zamiast jak normalni ludzie zjechać na dół poszliśmy do Samotni nad Mały Staw. do Karpacza wróciliśmy jakąś chińską drogą. aaa, i mieszkałam w pokoju nr 13, co przestaje dziwić. i jeszcze wykręciłam sobie z sześć razy lewą stopę, więc po powrocie do ośrodka zaczęłam dramatycznie kuleć. po wzięciu gorącego prysznica na przykurcze karku zaryzykowałam kurację intuicyjną, przykładałam do sińca na stopie kubek z gorącą kawą.

Mały Staw

drugie piętro, 13 :)

sobota 7.06 / no i po raz kolejny okazało się, że stare indiańskie sposoby są najlepsze. ból w stopie już pod północy zaczął zanikać, a rano nie było po nim śladu - bolało mnie wszystko, tylko nie naciągnięty mięsień.

ostatniego dnia pojechaliśmy w kierunku Szklarskiej, najpierw do Muzeum Ziemi, gdzie kupiłam ma szmaragdowe kolczyki, potem do podejścia na wodospad Kamiennej. byłam tam ostatnio 4 lata temu i wtedy wydawało mi się, że podejście jest długie, ale czerwony szlak wyleczył mnie z głupoty. w ogóle lepiej jest zwiedzać takie miejsca bez beczącego, młodego gnu, ale gdy towarzystwa nie można wybrać, można wybrać attitude, a wspomniałam już, że jestem niezniszczalna. w drodze na Kamieńczyk dostałam okres i pierwszy raz w życiu skorzystałam z toi-toia. nie wiedziałam, że oni tam robią taką fioletową wodę, interesujące.

Muzeum Ziemi

do Kamieńczyka

Kamieńczyk równie ok jak ostatnio, zaszliśmy potem jeszcze do dwóch innych miejsc z których jedno mi się podobało. podobało mi się w leśnej hucie, gdzie krótko objaśniono nam tajemnice barwienia szkła i robienia z niego dziwadełek i zaskakująco zostałam wezwana do poobracania jednego takiego dziwadełka. oczywiście kwiatek (fioletowy) wyszedł mi krzywy jak ja, ale w nagrodę za zrobienie krzywego kwiatka dostałam inny, też krzywy tylko żółty (niestety szkło długo stygnie i musiałabym po niego wrócić dopiero dzisiaj. miło mi, że jakiś następny odwiedzacz leśnej huty dostanie mojego krzywulca). potem wpadliśmy do chaty walonów (?), aby w podziemiach okadzić się dymem jedząc pieczone kiełbaski. droga powrotna była pod cirrusowym niebem (gdy cirrus na niebie, pogoda się zjebie mówi pan Lech).

cirrusy

kFiatek z leśnej huty

dość nieoczekiwanie tego dnia mieliśmy innego kierowcę, nie wiem jak miał na imię, ale pilnował, żeby nikt nie usiadł na mojego kwiatka. to było miłe. oczywiście w drodze na północ musieliśmy zahaczyć makdonalda, który dla mnie miał ten walor, że posiadał klimatyzację. już wczoraj pogoda była bardzo gorąca. hashtagi #ziemia #śnieg #brykiety #węgiel #plandeka no i tak to w sumie wyglądało, kotę. a dzisiaj to już w ogóle meksykańskie lato. i jakaś zięba znowu się drze w ogrodzie. czasem to ją nawet słychać, gdy przestaję na moment kaszleć.

11 komentarzy:

  1. To kaszlących już jest nas dwie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obstawiam, że ja głośniejsza :>

      Usuń
  2. Chyba mi się ten blog spodoba, tylko nie wiem jeszcze dlaczego

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Dużo to więcej niż mam teraz. Dzięki :*

      Usuń
  4. Rzeczywiście niezniszczalna jesteś :) i pomysłowa... ja bym nie wpadła żeby sobie gorącą kawę przykładać do zwichniętej nogi. Grunt że podziałało.
    kuruj się!
    kwiatek uroczy, choć wolałabym ten Twój fioletowy.
    ja jeszcze nie miałam okazji korzystać z toi-toia i obym nie musiała ;)
    ściskam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem ci, że ta woda mnie zaskoczyła, kiedyś sobie myślałam, co widać w toi-toiu, gdy się do niego zajrzy, to się dowiedziałam :>>.

      Usuń
  5. Też mam kaszel od trzech dni , nie wiadomo skąd. Gorąco było to siedziałam przy wiatraku może to z tego? Miałaś ciekawą wycieczkę, zrelacjonowałaś barwnie, zaskoczona jestem , że nie wystarczyła Ci tym razem lakoniczna nowomowa. W górach najlepsze jest to, że można wejść na górę... , a ze intensywne marsze męczą to inna sprawa. Ten żółty kwiatek całkiem niezły. Też byłam w tej hucie... Dobranoc - Krysytyna

    OdpowiedzUsuń

miłego dnia. have the nicest of days