czwartek, 14 sierpnia 2014

Kreta 2014

piątek 1.VIII

Ann pierwszy raz leci samolotem. ponieważ Ryanair nie jest pełny, razem z nią i Luśkem udaje się nam siedzieć w jednym rzędzie chociaż mamy zupełnie inne numerki. na parkingu Ioannis Daskalogiannis stoimy pod palmą, a chłopaki wynajmują dla naszej piątki Fiata, który będzie naszym głównym środkiem transportu w czasie pobytu.


gdy późnym wieczorem przyjeżdżamy do Despiny, dostajemy lemoniadę i ciasteczko i poznajemy George'a Panigyrakisa dalej zwanego Zorzem. lokujemy się w pokoju nr 203 z widokiem na Agię Marinę. jemy grecką pizzę w pubie na przeciwko i robimy zakupy w małym markecie obok. potem pijemy na balkonie zieloną herbatę z ananasem. miejsce do którego przyjechaliśmy jest kilka km na wschód od naszego poprzedniego lokum, tutaj plaża już nie jest kamienista, dopiero po czasie dowiaduję się z fejsa Ska, który z rzadka odrywa się od swojej komórki i wszędzie szuka wi-fi, że miejsce nazywa się Troulakis Beach. wieczorem facet w peruce daje koncert w restauracji obok. słyszymy k a ż d ą nutę.

sobota 2.VIII

kawkujemy porannie. robimy zakupy w Lidlu, wykupujemy leżaki na plaży obok hotelu, potem jemy obiad w tamtejszej restauracji nad morzem.


postanawiamy jechać na znajomą plażę w Marathi. jest pięknie, ale późno i jedyne wolne parasole są dla królików i znajomych wojska. milkshejkujemy się. spędzamy miło czas szurając tyłkami po płyciźnie. wieczorem sałatka owocowa na balkonie, świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy, po północy herbatka z ananasem na łóżku.



niedziela 3.VIII


jedziemy do Balos. dojazd górski, posuwamy serpentyną, a nad nami skały zerodowane jak koronki.


nikt nas nie uprzedza, że trzeba jeszcze iść górską ścieżką w dół. w tym słońcu to masakryczne doświadczenie, szczególnie powrót. kozy na nas patrzą zewsząd.

woda błękitna i płyciutka. do laguny można się też dostać statkiem, czego nie omieszkam pamiętać, jeśli tu jeszcze zagoszczę. zaplecze gastronomiczne słabe. przy sałatce greckiej poznajemy Georga zwanego Leonem. mieszka 10 km od Balos, ale pracuje w knajpie w Berlinie, daje nam wizytówkę. pozostaje mi po Krecie wrażenie, że każdy Grek chce pogadać.


w drodze powrotnej (pod górę) prawie mdlejemy z upału, bolą mnie nawet paznokcie. zatrzymujemy się pod parasolem dla osłów i koni, które można wynająć. jednej z turystek, która zdecydowała się męczyć biedne zwierzę, zgodnie życzymy połamania kończyn. na końcu tej katorgi jest wyjątkowej urody szopa w której można dokonać konsumpcji. co tam kto lubi, dla nas to była poezja, podobnie jak czaszka kozy przy stoliku.



wieczorem rekonesans w Agii. kupujemy sobie naleśniki z czekoladą i bananami w tejkełeju z naprzeciwka.


widok z okna wydaje się industrialny, ale morze jest kilka metrów od nas, po drugiej stronie zerkają na nas Góry Białe przy których Tatry mogą się schować. naprawdę podoba mi się to miejsce.


Ka siedzi z nami na balkonie i gadam sobie o tym i owym.

poniedziałek 4.VIII

rano ja, Lusia i Jesus idziemy oglądać wschód słońca nr 1.


kupujemy grecką kawę, która niestety nie smakuje jak ta od spalonego kelnera w Maleme. przed południem wybieramy się do Chanii całą piątką autobusem. oczywiście zakochujemy się w sprzedawcy biletów (kobiety):


wchodzimy na chwilę do Katedry Trzech Męczenników:


port jest urokliwy, trochę siedzimy na ławeczkach. obserwuję cwane koty, które potrafią zejść z najwyższej ruiny.


jemy w Kavouras Tavern, gdzie kelner chodzi jak grecki bóg. nie mogę oderwać od niego oczu.



jemy obowiązkowo chleb z oliwą. zamawiam łososia. schodzimy potem na zachód starego miasta, żeby obejrzeć piękne wąskie uliczki. jest tak gorąco, że zatrzymujemy się na sok truskawkowy w jednej z licznych knajp schowanych w skorupach starych domów.


przy popołudniowej kawie rozmawiamy o swoich dziadkach. potem idziemy na plażę. czuję się niewyraźnie i we wtorek dowiaduję się dlaczego.

wtorek 5.VIII

dowiaduję się już po północy. w sumie wymiotuję trzy razy, ostatni raz przy śniadaniu i to tyle tego całego mojego chorowania. za drugim razem leżę sobie z nogami na sedesie i głową na kafelkach i zastanawiam się nad układem fug, oraz czemu prośba o niewyrzucanie papieru toaletowego do sedesu, którą zawieszono na drzwiach, jest napisana po czesku. dochodzę do wniosku, że taką informację wywiesza się za każdym razem w języku zrozumiałym dla lokatora i że pomylono nas z południowymi sąsiadami. dieta lekkostrawna. nie jadę z chłopakami na zachodnie wybrzeże do Falasarny, dziewczyny zostają solidarnie, bo je coś tam uciska. bardzo mądrze, u nich sensacje zaczynają się później.

leżakujemy, po południu oglądam jaskółki na plaży.


Luś wymiotuje dwa razy, Ann czuje się tak źle, że w nocy z wtorku na środę musi szukać lekarza. opiekuję się nią Luś, bo ja dostaję ataku śpiączki. niech błogosławione będzie ubezpieczenie zdrowotne. mamy je wszystkie, bo jesteśmy nie tylko piękne, ale i inteligentne.

środa 6.VIII

zaczyna się herbatą z ananasem i wapnem do picia. jemy sucharki, oglądamy powtórkę finału Mundialu. przy okazji okazuje się, że Ann od lat jest fanką futbolu. niektórych rzeczy po prostu po ludziach nie widać tak od razu.


Ogryzki jadą bez nas na południe zdobyć dzielnie wąwóz Samaria (zaraz im przeszło, gdy go tylko zobaczyli). płacimy w końcu za pokój, bo Zorz codziennie rano tak szoruje podjazd, że czujemy wyrzuty sumienia. po południu idziemy na plażę, ja i Ann odkrywamy, że obydwie lubimy Mario Cimarro. no proszę, wystarczy razem posiedzieć i takie rzeczy.

dostaję smsa, że Muszka chyba umiera. wieczorem Muszce ciut lepiej, samochód naprawiony.

robimy zdęcia góry, która chce kichnąć.

czwartek 7.VIII

idziemy zobaczyć wschód słońca nr 2. na plaży jakaś para śpi na leżakach razem z pieskiem.


witamy się. z pieskiem, pary się nie czepiamy, zazdrościmy z daleka.


na plaży o tej porze są też już inni koledzy.


szwendamy się trochę lokalnie w dziwnych uliczkach, kupujemy bułki w sklepie obok na zacne śniadanie. słuchamy Happy Pfarrella Williamsa pijąc cytrynową herbatę Loyda.



po 10 wyłazimy we trzy dzielnie z naszej ochronnej norki na palące słońce i jednak jedziemy z chłopakami na południe, do Sougii, przez Góry Białe (lefka ori). szczyty wydają się wyblakłe od słońca. mijamy gaje pomarańczowe. kozy jedzą przy drodze, a góry pachną miętą.

plaża jest półdzika, jej wschodnią stronę zaludniają naturyści. oczywiści nawadniam się, robię fotki, także Jezusa i parówek.



okolica jest naprawdę piękna, chociaż serpentyny dróg mogą odbić się na żołądku. hotele niewielkie, ale bardzo ukwiecone. po powrocie do naszego hotelu na północy Ka orientuje się, że zostawił na plaży portfel ze wszystkimi pieniędzmi. ze Ska pędzą zakrętasami Gór Białych z powrotem z duszą na ramieniu. wracają długo po zachodzie słońca, portfel się znajduje w restauracji, nie brakuje ani jednego centa.

wieczorem sok z pomarańczy. słowami nie oddam tego jak smakuje świeży sok z pomarańczy na Krecie, robiony z piegowatych, pierdziawkowych owoców o słodyczy ambrozji.

piątek 8.VIII

droga do Stavros pachnie tymiankiem. z jakichś powodów nie płacimy za leżaki, rozglądamy się, ale nikt nie chce od nas kasy. jemy w restauracji o nazwie Elena's Garden. frytki z tzatziki, bo nie mamy siły na nic bardziej greckiego. towarzyszy nam pod stołem pięknooki kot o osobowości pirata.


druga lokalizacji, którą odwiedzamy jest po prostu niesamowita. Stefanou. jedziemy do niej drogą jeszcze bardziej ekstremalną niż do Balos. okazuje się, że w klapkach nie da się zejść pod tej stromiźnie. chłopaki tylko na chwilę ryzykują życiem, żeby zrobić kilka zdjęć na dole. Ann widzi Mario Cimarro na stalowo szarym koniu:


rok temu byliśmy tutaj ambitnie szukając drogi do tego cudu, ale zasieki przed kościółkiem na górze broniły dostępu. zdecydowanie widać, że droga była wtedy w robocie, nowiutka, bez zabezpieczeń, barierek i ochrony przed spadającymi kamieniami. cieszę się, że to nie ja prowadziłam, zamykałam oczy. jechanie tam z niesprawnymi hamulcami to przepis na łatwe samobójstwo. jest wąsko, samochody parkują po prostu na stromiźnie, kierowcy podstawiają kamienie pod koła dla zabezpieczenia.

codziennie dajemy napiwki pani sprzątającej, która użalała się nad nami we wtorek, więc i zastajemy po powrocie takie prezenty:


wieczorem po 19.00 idziemy na sok pomarańczowy przy hotelu. dochodzimy do wniosku, że kichająca góra ma jeden ząb. szukamy koszulki dla bratanka Lusi. trochę się szwendamy skręcając z głównej drogi miasteczka w uliczkę, gdzie jest m.in. restauracji Nymhi. na głównej ulicy wracamy do Mama Nature, sprzedawczyni rozpoznaje, że ciągle się tu bujamy. gdy Luś kupuje greckie mydełka obserwuję budynek nr 152, dawną restaurację Paradise - w środku przesiaduje kobieta ubrana na czarno, a wokół niej na dawnych wyposażeniu restauracji są setki zdjęć różnych osób. intrygujące. stare miesza się z nowym. przed budynkami przy ulicy bawią się dwa małe kotki, gdzie indziej starsi panowie grają w tryktraka. w sklepie jest świetna muzyka, Greczynka z dobrą pamięcią zapisuje nam nazwisko wykonawcy. to Nikos Zoidakis.

widzę spadającą gwiazdę. Luś wcześniej widział trzy inne. fakt. Perseidy mają swój sezon przecież :). no i facet w peruce ... zdecydowanie co piątek ma ten sam repertuar dla jakichś turystów ze zorganizowanych wyjazdów.

sobota 9.VIII

jedziemy we trzy do Chani, przekonane, że po diecie nie damy rady wybrać się z chłopakami daleko daleko (czyli do aquaparku). Luś kupuje pierścionek, który wahała się kupić w zeszłym roku i o czym mówiła przez następne miesiące. idziemy do portu na obiad w Zepos. obiad jest dobry, ale po sałatce z tuńczyka nawet pyszny deser nie wchodzi.



kiedy tak chodzimy uliczkami ma dzwoni, że umarła Muszka. nastrój mi spada, zasiadamy w jednej z wąskich uliczek, żeby napić się czegokolwiek w tawernie Apovrado. chyba przez pół godziny gadam o psie. i nawet towarzyszy nam jeden, który postanowił usiąść w cieniu mojego krzesła.


kelnerka wypytuje nas skąd jesteśmy, cieszy się, że u nas podobno deszcz.

wieczorem grecka pizza na wynos w pokoju i sok pomarańczowy w restauracji.


wisi nad nami superksiężyc.


i gdy kolejny raz przechodzimy tę samą drogę obok zamkniętej restauracji pod nr 152 nie mogę odmówić sobie zrobienia stalkerowego zdjęcia.


niedziela 10.VIII

tym razem dajemy się namówić chłopakom na podróż na wschód. Ann nadal jest osłabiona i zostaje w Agia Marina. robimy samochodem w tę i z powrotem ok. 500 km. styl jazdy Ska i jego gust muzyczny mnie dobija, ale okolice warte były cierpienia. pierwsze miejsce to Elounda. zaskakująco, po tej stronie wyspy jest sporo Rosjan, gdy tymczasem Sougia przeżywa najazd Francuzów, a okolice Chanii Skandynawów i Holendrów. jemy w tawernie na wodzie o nazwie Olondi. przyglądam się parze, starszy mężczyzna bawi się kombolói, kobieta ze srebrną biżuterią patrzy na wodę, potem łowi ryby wędką na bułeczki podawane przez kelnera.



drugie miejsce, które mnie po prostu zdumiało to Pachia Ammos.



puste restauracje nad przepiękną zatoką z falami długimi na 10 m. bryza jak od oceanu. bujamy się tam jakiś czas, po prostu siedząc na krzesłach i patrząc. pijemy frappe, kelnerka patrzy dziwnie na Luś, gdy ta nie chce cukru. do Iarapetry jest już zbyt daleko, zbyt późno. wracamy na zachodnią część wyspy w ciemności, zatrzymując się co jakiś czas na zakrętach i robimy fotki przełażąc przez barierki ochronne.
gasimy słońce.


w drodze powrotnej myślę o polskim jedzeniu i o suszi.

poniedziałek 11.VIII

zaliczamy nasz ostatni wschód. tutaj nim się człowiek obejrzy słonko wyskakuje zza horyzontu.




ostatni kreteński obiad jemy w polecanej przez Zorza rodzinnej tawernie Horiatiko:


zupełnie niespodziewanie pizza to jest to, co mi tu najbardziej smakuje w tym roku. czarowne miejsce, obsługuje nas miły, zgrywny staruszek, który zna w naszym języku tylko jedno słowo: dobrzie. jak się teraz nad tym zastanawiam, to myślę, że chyba jednak mówił po czesku. po papu pyszna nalewka o smaku śliwki. wracamy na "naszą" plażę i wysuszam dwa ostatnie, świeże soki pomarańczowe.
ostatni rzut oka na już-nie-nasz balkon:


chyba teraz mieszka tam para którą obserwowaliśmy w Horiatiko przy dobieraniu się do ślimaków w skorupkach. przebieramy się w innym pokoju i ok. 19 jedziemy w kierunku lotniska, gdzie wszyscy nagle wydają się wylatywać właśnie w poniedziałek. lot jest wyjątkowo nieprzyjemny, ciśnienie spada kilkakrotnie poza granice przyzwoitości.


* * *

ta Kreta była pod wieloma względami lepsza od poprzedniej. nie odczuwałam już parcia, żeby kupować pamiątkowe kurzołapy. Ann była znacznie lepszym towarzystwem niż Aga. Luś w końcu zrozumiał, że Ska jeździ z nami, bo jest taniej, a nie dlatego, że na nią leci. więc przestała kręcić sobie codziennie rano włosy na wałki i robić makijaż, efekt: zniknęła kolejka do łazienki :). u Ann przemiły lekarz zdiagnozował w środku greckiej nocy infekcję, wykluczył zatrucie pokarmowe, zresztą jadłyśmy różne rzeczy. teraz wydaje mi się, że to był raczej udar cieplny, który dobiłyśmy pijąc tego popołudnia mocną kawę. następnym razem w takim klimacie po prostu więcej płynów. podróże uczą. i to nie jest tak, że były tylko zapachy mięty i bazylii. czasami w drodze zajeżdżało szambem. to normalny kraj, ludzie chodzą tam do toalety. było pięknie na swój sposób.

Reklama:
Despina Studios w Agia Marina poleciłabym z całym przekonaniem. pokoje mają pełne wyposażenie potrzebne do przeżycia, łącznie z sitkiem do odcedzania makaronu i korkociągiem, obsługa się martwi czy żyjesz, piaszczysta plaża za kilkadziesiąt metrów. rano można tam jeść śniadanie prosto z chodnika, Zorz szaleje ze szlauchem od 7.30.

6 komentarzy:

  1. Sprzedawca biletów przypomina mi Craiga Parkera ;)
    I znowu koty w moich ulubionych kolorach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałam pojęcia o kim piszesz, więc sprawdziłam i masz sporo racji :D.

      Usuń
  2. Dziękuję, za barwną i wyczerpującą relację z podróży :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę bardzo. Głównie relaksowaliśmy się, gadaliśmy, jedliśmy i podziwialiśmy okoliczności przyrody z okien samochodu.

      Usuń
  3. Świetna relacja, przez chwilę poczułam się tak jak bym tam była.Kot o osobowości pirata chyba wie co się w tym klimacie robi.
    Mieliście mnóstwo wspaniałych wrażeń.
    Pozdrawiam bardzo cieplutko;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kreta to piękny kawałek Grecji, a miejsce polecam tym, którzy chcą jechać indywidualnie, a słyszą zewsząd opinię o Grekach, że w hotelach jest brudno. Patent polega na tym, że rezerwuje się miejsce kilka miesięcy przed wyjazdem. My zapłaciłyśmy za nasz pokój 15 euro na głowę za noc, co jest ceną śmieszną, a warunki były idealne. Trzeba po prostu znać angielski, żeby to wszystko załatwić :).
      Pozdrawiam :).

      Usuń

miłego dnia. have the nicest of days