czwartek, 4 czerwca 2015

Karpacz replay

czy ja się nie powtarzam?
Karpacz w czerwcu był? a jakże! więc zróbmy to jeszcze raz :D.

wtorek: tą razą nie jechaliśmy mercem, a od pracy towarzyszył nam pan Maciej i pan kierowca o zawadiackim oku i twarzy dziobatej po ospie. w Karpaczu znaleźliśmy się ok. 10 rano i od razu ruszyliśmy do szturmu ... wyciągu krzesełkowego na Kopę. miałam krzesło nr 50 :)



trzeba sobie jasno powiedzieć, że ponad Kopą była najgorsza pogoda jaką do tej pory zdarzyło mi się widzieć w trakcie moich podbojów Śnieżki. już na ostatnich metrach wyciągu wiatr zaczął nami tarmosić, a szczyt często był spowity gęstymi chmurami (w Karpaczu pogoda była za to przecudna). podczas wspinaczki na zakrętach kilka razy nieomal odlecieliśmy. a tutaj jeden z wielu momentów, gdy szczyt razem ze stacją meteorologiczną udawał, że go nie ma:


ale któż jak nie my. wypiłam przy okazji herbatę w Śnieżkowej nie-restauracji i zjadłam gofra z bitą śmietaną. bo Śnieżka ma dla mnie zapach gofrowy, to jest pierwsze co uderza w nos po wdrapaniu się na sam czubek.


drogą jubileuszową zeszliśmy na szlak niebieski do Samotni, gdzie mieliśmy trochę odpoczynku, podziwiania okoliczności przyrody i gdzie można było zjeść własne kanapki. po drodze widoki przepiękne i kilka szkrabów mówiących po czesku, z mapkami w ręku, wcale nie wyglądających na zagubionych. w czasie posiłku takie widoki przez okno:


szlak którym szłam ostatnio do Karpacza był zamknięty z powodu lęgu ptaków, puściliśmy się więc trochę innym, dopiero robionym traktem. weszliśmy prosto na Wang i nawet zaliczyliśmy zwiedzanie odśrodkowe. tutaj było już mnóstwo błękitnego nieba i kwitły rododendrony.


daleko jeszcze? kiedy jedziemy? więc po tym trzecim postoju pojechaliśmy do miejsca zakwaterowania w Sosnówce k/Karpacza. dostałam pokój nr 18 i pęcherza na paluchu.


cicho i głucho, okazało się jednak, że małżeństwo prowadzące dom wczasowy jest przemiłe, pani serwowała nam kawusie i herbatki za free, a na polanie za domem kręcono podobno kiedyś "Wiedźmina"!

 

poza tym wracając z małego rekonesansu zauważyliśmy stado budrysowatych kotów, które zaczaiły się na tyłach kuchni na resztki z naszej obiadokolacji (była zupa kalafiorowa - oczywiście dokładka - i ziemniaki z marchewką i groszkiem, kotleta mielonego oddałam głodniejszym)


+ raz wygrałam w uno.

streszczając, pierwszego dnia z Kopy weszliśmy czarnym szlakiem na Snieżkę, potem schodząc ze szczytu niebieskim szlakiem przez Strzechę Akademicką do Małego Stawu i dalej przez Domek Myśliwski i Polanę do Wang. Malowniczą, zamkniętą część niebieskiego widzieliśmy w dole po lewej stronie, gdy zeszliśmy z niego na jakieś czas wyruszając spod Samotni:


środa: poprzez porównanie widzę, że ostatnio nie było w porządku. teraz noc była cichsza, nogi bolały mniej, frustracja też mniejsza. powoli, spokojnie, żadnych skręconych kostek. jeszcze jedna obserwacja potwierdzająca, że coś się zmienia na lepsze i że trzeba patrzeć w przyszłość z optymizmem. następnego dnia spakowaliśmy się o 9 do dalszej podróży, po śniadaniu, które wyglądało tak:


w Sosnówce nadal kwitną bzy, które u nas dawno już przekwitły:


już z torbami w bagażniku wybraliśmy się do kaplicy św. Anny na Grabowcu. na miejscu oczywiście wysłuchaliśmy legendy o Kundzi (mieliśmy dobry widok na zamek Chojnik) i przymilił się do nas piesek:



a kilka osób zaryzykowało nawet zadyszkę próbując obiec kaplicę siedem razy z ustami pełnymi źródlanej wody. czegóż się nie robi dla miłości! :D następnie pojechaliśmy do Szklarskiej. po drodze minęliśmy resztki fundamentów Muzeum Ziemi, które odwiedziłam poprzednim razem, a które ... spłonęło w marcu. Naszym pierwszym miejscem była dokładnie ta sama leśna huta, co poprzednio. tym razem kupiłam w niej czerwonego kotka. grup było trochę mniej i pan poświęcił nam więcej czasu.


koło się zamknęło :). ostatnio zrobiłam krzywego, fioletowego kwiatka, dostałam żółtego, teraz zrobiłam bardzo prostego zielonego, dostałam fioletowego i zapewnienie, że next time robię wszystko sama jak profi. prawdziwi ludzie mający rzemiosło w ręku. Leśną hutę reklamuję!


wędrówka z huty do Wodospadu Szklarki była niezwykle przyjemna. cały czas świeciło słońce, temperatura rosła a na niebie tworzyły się chmury ufo (soczewkowate) część drogi szliśmy razem z wodą Szklarki, robiąc w końcu postój przy samym wodospadzie.


na końcu tej części spaceru, gdy doszliśmy do głównej drogi, przy Kamiennej raczyłam się oscypkiem z borówkami. zaczęłam nieśmiało:


gdy okazało się, że po moim debiucie oscypki wciągnęły jeszcze kilka osób z mojej grupy dostałam 50% zniżki na dwa następne. wiem, oscypki nie mają nic wspólnego z Karkonoszami ... ale są smaczne.


czy wspomniałam, że słonko nieźle dawało? po postoju, przeszliśmy drogę i zaczęliśmy się wspinać do Chybotka, następnie do złotego widoku. tłumaczyłam dziewczynom, co to jest prostata, panowie zaś zaznaczyli teren sikami. na punkcie widokowym wyjęłam wałówkę, popijałam wodą i podziwiałam krajobrazy. po co człowiek się wspina? właśnie po to.

szlak czarny od huty (nr 17) do Kochanówki (nr 15). po oscypkach nad Kamienną, idziemy trochę na przełaj do Chybotka (nr 9), mijamy grób Karkonosza (nr 8) i zasiadamy przy Złotym Widoku (nr 7).


ostatnim akcentem był McDonald w Jeleniej G. (dokładniusio tenże sam, co poprzednią razą) i gdy tak popijałam colę olśniło mnie czemu nie lubię tych miejsc. lubię patrzeć jak ludzie jedzą, ale nie tu, bo w McDonaldzie ludzie jedzą i śmiecą jak świnie. nie dosłownie. świnie są cool. nie takie świnie, takie ludzkie świnie. dzieciaki w tym przodują, ale dorośli też dają radę. nie wiem czy można się zakochać w kimś patrząc jak ta osoba żre w Maku. to chyba niemożliwe. jedzenie tam jest odarte ze zmysłowości.

w podróży widoki nam się coraz bardziej spłaszczały
(nogi dopiero teraz bolą)
narybek żadnego kłopotu nie sprawił
(poza raną ciętą i kilkoma upadkami)
mieli podobno robić zieloną noc,
ale się pospali.
na końcu wędrówki przywitał mnie uśmiechnięty Dżi.
Ekborn nam poprawki nie zaliczył,
ale pierdolę to, bo uśmiech jest ważniejszy.

2 komentarze:

  1. To sobie pospacerowałam , dzięki temu opisowi, po miejscach , które odwiedziłam z rodziną kilkanaście lat temu... Dzięki za to miłe przypomnienie. W sklepiku przy hucie kupiłam biżuterię... Pozdrawiam Cynkę - Krystyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, nie pamiętam, czy oni tam robią biżuterię ... chyba raczej nie.

      Usuń

miłego dnia. have the nicest of days