środa, 10 czerwca 2015

no taki dzień

uratowałam mysz z lewej łapki Szczerbatej Rózi (Szczerbata Rózia włochate jeść się brzydzi). małe stworzonko zamknęło oczka i udawało, że go nie ma:


oczywiście miałam moment, żeby ją zapakować do słoika i chronić przed całym złem tego świata, ale czy to by miało sens? czy to ma sens w odniesieniu do kogokolwiek? po jakimś czasie mysz doszła do siebie i skryła się pod liśćmi. może darowałam jej jeszcze tę noc. może więcej.

tymczasem przy tynkowaniu tata odkrył coś takiego pod parapetem:


niedaleko z doniczki zwisa pierwsza doniczkowa truskawka:


dużo tego życia tu się plącze, czasem przecinają się nasze ścieżki. ledwo wyszłam ratować mysz, mucha wpadła mi do herbaty. znajomy proponuje, żeby kulejącą wronę umieścić w ośrodku. macha toto skrzydłami, uczyć się chce, a my musielibyśmy zrobić wolierę ...

7 komentarzy:

  1. Ach Cynia, jesteś wspaniała. Też bym tak zareagowała.hehe

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wzięłabym myszy do ręki... Niech sobie żyje ale z dala ode mnie... Muchy są nieprzyjemne... Mam zwyczaj nakrywania filiżanki czy szklanki, gdy gdzieś odchodzę . Dobranoc - Krystyna

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiem... Pozdrawiam - Krystyna

    OdpowiedzUsuń

miłego dnia. have the nicest of days