poniedziałek, 26 października 2015

piątek/sobota/Kowary&inne

nie wiem, czy da się w skrócie :)

piątek
cztery godziny, żeby przejechać z punktu a do punktu b, która to droga normalnie trwa ok. 2 godziny, no ale w końcu mamy viatoll. miałam ochotę puścić pawia na Goshę, która wiernie dzierżąc kubeczek po wódeczce (na wszelki wypadek) opowiadała mi o trupach wypływających spod drzwi i o tym jak chichrała się w pewną księżycową noc, gdy wraz z resztą swojej rodziny robiła ostatnie pożegnanie mamie.

dojechaliśmy, jakby zmrok, obiad odgrzewany, nie jem mięsa. szkolenie. random picture here:


aha, robię zdjęcia aparatem żony kol. DiCi.
bóg mu zapłać, którykolwiek.
pok. nr 43 dzieliłam z Madź. kolacja rzuciła mnie na kolana jeszcze mniej. w zasadzie nie ma sensu mówić o kolanach, aż do dalszej części tego wieczoru.

ok. 22 jedziesz? jadę. z CM pojechaliśmy do Karpacza na belgijską czekoladę w Mount Blanc. wszystko wyglądało bardzo pysznie, ale ja w końcu skusiłam się raczej na dobre cappuccino. to było niesamowite doświadczenie, gdy spowici ciemnością, tą samą drogą, którą kiedyś szurałyśmy z dziewczynami przy kościele NSPJ, szliśmy prztuleni jak para niedorzecznych kochanków. i chciałam, żeby mi CM utrwalił tę moją pierwszą, randkową kawę ever z nim, i ... w niedzielę wieczorem, gdy domagałam się zdjęć, kompletnie nie pamiętałam, że przecież wtedy rozładowała się komórka ...
coś mi wyczyściło twardy dysk.
oczywiście z tego wszystkiego zostawiłam też w Mount Blanc moje mitenki w kolorze kiwi.
zawsze słabo orientowałam się na mapach, ale to chyba gdzieś tutaj:


po powrocie udało się nam jakoś udać, że byliśmy tu cały czas. a skoro o udach, zaprawdę, powiadam ci, było ciemno. siniak mam na prawym kolanie z obydwu stron.

ta późnowieczorna kawa okazała się świetnym posunięciem, naprawdę mnie ożywiła, zamiast w kimono, po 23 poszłam najpierw do legendarnego pok. 95, a następnie, uzbrojona w pepsi ze wzmacniaczem smaku, na zamkniętą imprezę, którą nam ktoś otwarł. tańczyłam głównie z Iw, ponieważ łatwiej było udawać kochające inaczej, niż tańczyć z zastanymi tam panami w stanie mocno zawianym. w przerwach, w bibliotece, "czytamy". Gosh twierdzi, że nigdy nie zapomni mnie w pozie nerońskiej i takiego jednego, ciętego z metra, który na kolanach pytał mnie, czy może poczytać.
ok. 2 w nocy:


sobota:
rano wstałam wcześnie, zaskoczyło mnie bardzo porządne śniadanie:


naprawdę, wszystko co lubię. nawet pomarańcze były całkiem słodkie. po śniadanku założyłam na głowę moją bjørgen i pomaszerowałam w ogonie za Iw, Adą i Goś2. trudno było mi nadążyć, skoro ciągle robiłam zdjęcia, w końcu dałam więc w tył zwrot. na czarnym szlaku była piękna pogoda, czego może akurat w tym momencie nie widać:


z boku szlaku trwała zrywka i cały czas towarzyszył mi daleki odgłos pił.

ot, taka fotka symboliczna na końcu tej drogi: 


postanowiłam jeszcze zaliczyć basen. czyli, nieprawdaż, dwie nimfy:


później Dżi i Gosha wrzucili mnie do basenu. wściekła i poprzytulana. Dzi mówi, że polubił Goshę. fajnie w tym jacuzzi, czasem osoby trzecie nie wiedzą, co osoby drugie robią pod wodą.

... akurat pożegnałam się na moment z Madź i spłukałam chlor z włosów, gdy CM zapukał do drzwi ...  

a to już rzut oka na salę konferencyjną, gdy przyszłam do niej jako nadworny fotografik z mokrą głową:


obiad był lepszy niż poprzedniego dnia, więc ci oświadczam, że nawet złamałam się i kogoś zjadłam:


i faktycznie w holu koncertowali Stanisław i Kogel-Mogel, ale nie wiem który jest który:


Dżi wyruszył na Szrenicę, ja poszłam najpierw z grupą zaliczyć sztolnie, potem wprosiłam się do cudzego samochodu pomna, że kubeczek po wódeczce gdzieś się mógł zapodziać. piękne miejsce, trochę krótko, trochę mało, niedosyt. 

niemniej jednak ...
... zapamiętam to wszystko na długo.
to tyle opowiadania, jak było, że niby w górach. gór było też mało. raptem raz podeszłam pod kątem i się zasapałam pod bjørgen. wrócę jeszcze do pijalni czekolady. tamtego wieczora towarzyszyło nam w niej czterech naprutych panów, którzy udawali seksualne odgłosy, gdy jeden z nich rozmawiał przez telefon z, zapewne, żoną. ten element też się jakoś tam komponuje z całą resztą. zdecydowanie, i'll be back.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

miłego dnia. have the nicest of days