czwartek, 29 października 2015

żyję sobie

nic (w zasadzie) nie robię.
wczoraj wóciłam do domu ok. 19, po siedmiu godzinach pracy spotkałam się z Lusiem w starym P., potem poszłyśmy na kawę i dziwne ciasko smakujące orzechowo w bezie. pachniałam jeszcze ryżem z warzywami, gdy CM podjechał po mnie konfidencjonalnie. spędziliśmy ten czas nostalgicznie, bo w tym samym miejscu, co w pewien czwartek. dzisiaj wróciłam mocno po 18. wypad był zupełnym zaskoczeniem. po siedzeniu w pracy ponad 10 godzin (o jakież to było wszystko ciekawe {uwaga - ironia}), robiliśmy dziecinne podchody, aby mój nieoficjalny Romeo mógł normalnie podjechać i zabrać mnie z ciemnej drogi. zamiast jechać od razu do domu, zbunkrowaliśmy się na kilka chwil tam, gdzie w pewną historyczną sobotę. lubię go gilgotać, fajnie się śmieje. i wozi ze sobą chusteczki higieniczne nasączone miłymi płynami. po kilku godzinach nasiadówki, w trakcie których coraz niżej zapadałam się w czarną otchłań rozpaczy potwierdzanej coraz dramatyczniejszym kaszlem, była to miła odmiana.
żeby nie było jednak tak zupełnie pięknie ... Wolfie jest chory na raka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

miłego dnia. have the nicest of days