sobota, 14 listopada 2015

w drodze

do Wroclove brązowe liście przebiegały nam drogę tysiącami, jak uchodźcy. po przedsiębiorczości (kolokwium pisane na IQ) udałyśmy się z Kaś do suszarni na Grabiszyńskiej (miso, jaśminowa, grillowany węgorz & łosoś + mango + żurawina + kampyo; chmury jakieś takie kosmate i zagonione), żeby porozmawiać jak zdradzana żona z kochanką. ona ma już wszystko w głowie ułożone, u mnie nadal chaos. po tych analizach związków weszłam z marszu na Zijada ... w ten wyjątkowy dzień. akurat wczoraj była w nowych horyzontach premiera Imigrantów, w czasie, gdy w Paryżu wybuchło ...

a czy wiesz, że można kupić błonę dziewiczą o nazwie Joan of Arc? i że Słowacki jest jak Khalil Gibran, a Tuwim jak Qabbani?

... wspominaliśmy dzisiaj z tatą w drodze powrotnej dziadka Bronka, którego koniec wojny zastał na terenach wyzwolonych przez armię Pattona, dziadka Józefa, który chodził nocą na gruszki z psem o imieniu Mrówka i pradziadka Kazimierza, który przed wojną był kolejarzem. takie rozmowy ciemną drogą, rozpoczęte od tego, że pomimo okoliczności dożyliśmy dobrych czasów. szkoda, żeby to wszystko piepszło. trzeba łapać dobry czas.

2 komentarze:

miłego dnia. have the nicest of days