niedziela, 17 stycznia 2016

piąteksobotaniedziela

ogarniam się z trudnem. w piątek wieczorem pojechaliśmy całą kupą na przedstawienie Trzech Muszkieterów w Capitolu, w wydaniu z Bondyrą jako D'Artagnanem, Bocheńskim w roli Atosa, Konstancją Adamskiej i Brzezińskim w roli Buckinghama. ja w loży z Goshą:


po niefortunnym starcie z Bondem, naprawdę przekonuję się coraz bardziej do tej sceny i do Imieli. szczególnie pierwsza część super, może ogólnie trochę długo i trudno utrzymać skupienie, ale i tak dobre.


do domu wróciłam już w zasadzie ok. soboty :). rano wybrałam się po raz ostatni na zjazd uczelniany. 3,5 roku śmignęło jak z bicza strzelił. tak wyglądało ostatnie tiramisiu:


po zajęciach pojechałyśmy czternastką z Kaś, Ewcią solenizantką i Dużą Asią na ulicę Pana Chirurga 30/21. po pozostawieniu larów i penatów na szóstym piętrze, przed drugą po południu obiad:



talerze zostały wylizane. Powoli nie wygląda jakoś tam spektakularnie z zewnątrz, ale kotlety z ciecierzycy z sosem dyniowym, i racuchy z jabłkiem i serkiem homogenizowanym, posypane brązowym cukrem ... no proszę cię ... niebo. 

kiedy duża Aś zostawiła nas, żeby doholować na później swoją koleżankę, w trzy poszłyśmy do T&J, żeby kupić przydasie. 


nie jest daleko, ale z powrotem obładowane torbami po uszy jeczałyśmy daleko jeszcze? co 10 sekund. produkcja koreczków przez osobę moją własną:


widok z okna na nocną kamienicę przy ulicy Pana Chirurga:


Kaś produkująca tąpnięcia o smaku ogórka:


silna grupa pracująca nad strawą:


Ewcia z zamiarami:


w mieszkanku zebrało się 9 osób, doszła jeszcze Goś-przyjaciółka Dużej Aś, druga Goś, druga Kaś i Ewelka z chłopakiem i było bardzo sympatycznie i wesoło (rżałyśmy cyklicznie) przynajmniej do pewnej wymiany zdań pomiędzy Ev i Dużą Asią. żeby rozładować atmosferę pojechaliśmy taksówkami do Szklanej Ćmy. dość szybko stamtąd wróciłam do bazy z powodu bólu żółądka, zapoznałam się przy okazji z nową firmą taksówkarską. ciepła herbata i poziomowanie pod kołdrą zdziałało cuda. rano dalszy ciąg atmosfery, niestety. poranek na mroźnym Nadodrzu był piękny.


wróciłam do domu ok. 10. tata opowiadał mi w drodze o panu Edziu, cieciu z Pomorskiej, który miał pieska o imieniu Misiu. głowa taty jest wypełniona po brzegi ludźmi i ich psami z zamierzchłej przeszłości. musiałam dwie ostatnie noce odespać dzisiaj po południu, ale zaliczam ten weekend na czwórkę z plusem. pogoda dopisała, towarzystwo również, nawet w wersji ścieżki wojennej. i tylko myśli błąkały mi się wokół innej części miasta, przy dębowej alei ...

Przebudzenie ulicami Wrocławia niech będzie moim przebudzeniem ...

2 komentarze:

  1. taki apetyczny ten post.... tiramisu, kotlety, koreczki... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jestem płytką, materialistyczną osobą niedbającą o zbawienie duszy ... to fakt :>

      Usuń

miłego dnia. have the nicest of days