czwartek, 28 stycznia 2016

środa ... coś spadło

na środę, bo widzę ją teraz niewyraźnie. w pracy nasiadówka półroczna została zrobiona z prędkością światła, za co głównodowodzący zebrał słuszne oklaski. rano Dżi trzaskał kserem, nigdy nie trzaska. to szczęśćie małżeńskie czasem mu wychodzi pod żebrem.

dzisiaj byłam w pracy na wyjeździe, na konferencji prowadzonej przez xero brothers. taki szczegół. ciekawsze było to, że rano stołowałam się w misiu. łazanki takie sobie, kompot pięć gwiazdek. jedna pani akurat misia odmisiowywała z ozdób choinkowych, głodni ludzie z każdego stanu dopiero się schodzili. nie przeszkodziło to jednemu Adamowi (zaraz się przedstawił Adam jestem) poczekać na mnie i odprowadzić mnie do Rynku. zrezygnowałam z nęcącej (buahahaha matkobosko) myśli, że to może ten nowo poznany mężczyzna, który wg horoskopu na ten rok ma być moim szczęściem, i ponieważ akurat otwierali empik zgodnie z prawdą mu odrzekłam, że muszę skręcić, bo już wiem dokąd idę. kupiłam dziennik na ten rok i cieszę się, że go mam. po braciach xero poszłam na suszi:


dawno już nie byłam w Planet Sushi, bo ... zniknęła i na jej miejsce pojawiło się Kobo i to już sporą chwilę temu. nie ma zmiany na lepsze, desery na oko też bez szału. menu mają na ładniejszym papierze. mogłam zjeść to suszi sama w przyjemnym, własnym towarzystwie, ale się obok pojawiły gwiazdy, pan Saniternik z kolegą. nie podsłuchiwałam ... prawie wcale ... nahhh ... egzamin w niedzielę, jeszcze nic nie czytałam, zamiast tego piszę projekt projektu na natychmiast. jakoś to wszystko trzeba upchnąć w jednym życiu. plus tęsknotę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

miłego dnia. have the nicest of days