środa, 10 lutego 2016

ostatki

spędziłam dość zaskakująco. w poniedziałek wieczorem Gosh zadzwoniła z pytaniem, czy chcę się z nią i Il wybrać do Zieleńca.  ha! w związku z tym we wtorek:


śniegu naokoło raczej niewiele, dzień był ciepły, ale stoki całkiem jeszcze przyzwoicie naśnieżone  i śnieg na tyle tępy, że przewróciłam się jedyne 150 razy. naleśniki w the-ski:


późny obiad zjadłyśmy w Dusznikach Zdroju na ul. Chopina:


z rana nie byłam wcale tak połamana, ale teraz ledwo mogę ruszać rękami (nie miałam kijków - mięśnie wyrabiałam sobie podnosząc się z ziemi). dzisiaj:


mmm, woda ze śledzia. po obiedzie wybraliśmy się do Magnolii (przy okazji kupiłam w Bershce trencz. lubię to słowo. trencz) i na jedzonko do stp. teraz jestem padnięta. padniętość zmniejsza mi ból egzystencjalny, chcę zasnąć i nie śnić, czyli dobrze. (patrzę na zdjęcia i stwierdzam, że za dużo frytek. frytki are not so good, ya know). ale i tak znikam. nawet w narciarskich spodniach jakby mnie było mniej. w mojej głowie jestem większa niż na zdjęciach Gosh. oficjalnie nie wiem, bo wagę wywaliłam już dawno. na pytanie pana, który dokręcał mi wiązania, chyba niechący przesadziłam. rączki mam jak komar. komarowych rączek nie mam siły dzisiaj podnieść nad głowę. to już nie podnoszę. czuję każdy mięsień pleców. plecy na łóżko. spać.

1 komentarz:

  1. Przeczytałam o śledziach i nabrałam apetytu, mam w lodówce, zaraz sobie zrobię , najwyższa pora wyłączyć komputer, bo zasiedziałam się ...
    Nigdzie nie byłam na ostatkach, wczoraj byłam u dentysty, to gorsze niż upadki na stoku, ale współczuję , ze się potłukłaś. Trzymaj się mimo sińców - Krystyna

    OdpowiedzUsuń

miłego dnia. have the nicest of days