środa, 9 marca 2016

life's hard*

w niedzielę po południu spotkałam się z Jadzisią ...


Jadzisiu, nie pamiętam, co jadłyśmy, było tak miło. ile to już ...? aaaaa ... próbuję przekopać bloga w celu zweryfikowania bezsensownej ciągłości plączącego się czasu. porzucam w końcu to zajęcie. szukaj czytelniku na własną rękę. zmieniło się sporo, przeprowadziłyśmy update, Jadzisia mnie przebiła smutkami. wcześniej kupiłam w empiku aktualny numer Charakterów (dopiero dzisiaj odpakowany). Michiko, papierowe lampiony są na swoim miejscu. próbuję sobie odświeżyć ... tak w (moim) środku chyba była krewetka i dwie herbaty poszły w ruch, jaśminowa i ryżowa, ja oczywiście swoją wyżłopałam wcześniej ^^

to Wrocław w niedzielę wieczorem:


w poniedziałek po pracy basen z Goshą i Ilką. w drodze powrotnej łzy leciały mi jak grochy. nie miałam siły. czy mi się wydaje, czy ty płaczesz? było ciemno, widocznie głośno smarkałam, albo wzdychałam ... może na jakiś czas dam sobie spokój z odprężającymi klimatymi, odprężyłam się za bardzo ... to było ciężkie popołudnie.

we wtorek dzień kobiet, a mnie po południu znów dopadły myśli mroczne. jest źle, gdy zderzam się z rzeczywistością pewnego rodzaju. rzeczywistością mijania się.


może pogoda? kanapka, którą wchłonęłam w drodze do Wro, żeby się dowiedzieć na uczelni tego, co mogłam się dowiedzieć przez telefon:


w drodze powrotnej zimno jak diabli. zaczynam oglądać Dzień Świstaka. do połowy. i gra mi nadal Czwarta nad ranem SDM. może sen przyjdzie, może mnie odwiedzisz? nie tym razem. zresztą nadal gra. ale jestem jakby silniejsza po dwudniowym totalnym załamaniu. a zimno było uzasadnione. rano nowy, płytki śnieg.


smile, nomen omen, mi się zużył, dzisiaj poczta doręczyła nowy, aluminiowy bumper. postanowione również, że na weekend (zamiast iść na sobotnie ściepki, gdzie będą wszyscy, więc i on będzie) uciekam z Ewelką, Kaś, Becią i Justą do Szklarskiej. jeszcze wczoraj coś tam łkałam żałośnie, że nie, ale czy od żałosnego łkania świat poczeka? nie poddaję się. walczę. rzadziej piszę, bo gdy naprawdę jest ciężko, trzeba tę ciężkość poczuć. więc czuję. matka o wyjeździe poinformowana, narzeka, że o nic nie dbam, tylko się wakacjonuję. to prawda, o nic nie dbam, dbam o siebie. tłumaczę to spokojnie, jak siedmiolatce. czuję się lepiej, czuję, że czuję się lepiej.

* tak, był już post o tym tytule. dobiłam do nieuchronnego momentu blogowicza, który się powtarza. "mam doła" "rzucił mnie, jestem nieszczęśliwa" "ja się zabiję" "ok, jednak dam radę" "albo pierdolę, nie" "jednak będę żyła" "świat jest piękny" etc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

miłego dnia. have the nicest of days