niedziela, 13 marca 2016

weekend w Szklarskiej

w piątek, zamiast do domu, z pracy natychmiast do samochodu Ewelki i osoby towarzyszącej (chociaż jeszcze w sobotę miałam dziadowskie myśli, żeby zrezygnować). i ziuuuu do Szklarskiej ...

po ponad dwóch godzinach podróży zajęłam pok. nr 60 i w barze przywitała nas zupa cebulowa:


Kaś dojechała do naszej trójki później. Dżastin, która została nowym dyr hotelu, zaproponowała nam ciekawe doświadczenie na wieczór. nieme kino! z podkładem muzycznym niemy movie, w Granicie na Kopernika:


panowie zrobili świetną robotę + po występie mieszkali w naszym hotelu, więc mogłam im to powiedzieć. nigdy wcześniej nie oglądałam niemego kina na wielkim ekranie, poza tym, chociaż Upiór w operze z Chaneyem zalatuje dzisiaj naftaliną, interpretacja muzyczna i teksty czytane przez Więckowskiego rewelecyjnie ożywiały nieboszczyka. rozmów terapeutycznych tego wieczoru nie było końca, a pokoje hotelowe okazały się bardzo wygodne i ciepłe. w holu siedział sobie kot o imieniu Iza. tutaj wsparcie drinkowe w postaci schwepessa ze wzmacniaczem autorstwa Kaś w pok. nr 38:


oczywiście, żeby to wszystko tak łądnie uczynić, musiałyśmy/liśmy w czwórkę poszurać w ciemności do centrum Szklarskiej. rano szwedzki stół z naprawdę świetnym wyborem różnych różności, tyle, że ja się uparłam na sałatkę jarzynową:


dostaliśmy od Dżastin vouchery do huty Julia, a ponieważ nigdy nikt z nas tam nie był, chętnie z tego skorzystaliśmy. 



to zdecydowanie wielki zakład w porównaniu z leśną hutą.


po powrocie z huty dziewczyny z samcem poszły na basen i saunę, a ja oglądałam tv i bujałam się we własnym świecie aż do 18. potrzebowałam tego, cisza, spokój, śnieg za oknem, cieplutka kołderka. po 18 zostaliśmy ugoszczeni mega kolacją, która trwała ponad dwie godziny i była złożona z pięciu dań.


barman (koktajlowy mistrz polski, zrobił nam po daniu nr 4 boskiego szota na trawienie, pachnącego cytrusami i z posmakiem goździków ... zamówiłyśmy sobie przepis) robił fotki tym cudom:


a tutaj biedna, uduszona krewetka w kremie z fasoli, onnomnomnom:


i twórca, który podając nam talerze tłumaczył, co się je z czym:


danie nr 4, łosoś:


i deser. lody cynamonowe:


mąż Dżastin dał nam pod koniec tej uczty koncert pianistyczny :). po koncercie, gdy reszta gości się rozlazła, siedzieliśmy w szóstkę gadając o tym i owym. wspaniałe zakończenie dnia. nie wiem jak to się stało, że chociaż gdzieś w południe złapało mnie zmęczenie i miałam wrażenie, że coś mi leży na żołądku i nic na kolację nie wcisnę, po pierwszym daniu zrobiło mi się tak pysznie, że żałowałam, że nie mogłam docenić łosoia, bo żołdek miałam za pełny. dziewczyny zdiagnozowały, że to zwykła psychosomatyka i że mi normalnie wali, a nie tam jakaś niestrawność ... może to i lepiej ...

śniadanie niedzielne:



i niestety trzeba się było powoli wynosić. Szklarska od piątku przyprószona śniegiem i spowita mgłą, ja niezabawna. nie wiem, czy coś mi się naprostowało w głowie. gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy. dobrze, że pojechałam. może wyjdą z tego jakieś spotkania terapeutycznie w większym gronie. dobrzy ludzie, dobra atmosfera. rzeczywistość zapukała od spodu. Wojtuś w piątek miał iść do weta, był znowu dzisiaj. ma specjalną karmę i tabletki. jutro do pracy. jem chleb z kiszonymi ogórkami i nadal, siedząc pod kołderką, odmawiam uczestniczenia w życiu. kto mnie uratuje?

2 komentarze:

  1. Tp był rzeczywiscie udany i cudny wyjzd :) tak zreszta wynika z tej notki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, jak pysznie :)

    dzisiaj dzwoniłam zarezerwować pokoje na wrzesień w Zawoi i Pani powiedziała, że Babia Góra w śniegu... i chociaż śniegu nie lubię, to jednak się rozmarzyłam.

    I łosoś też wygląda apetycznie... namiary poproszę na to miejsce :) może w przyszłym roku...

    OdpowiedzUsuń

miłego dnia. have the nicest of days