czwartek, 21 kwietnia 2016

godzina czternaście

telefonicznie z Kaś, o tym i owym, że ja chyba już pnę się po skarpie, a ona nadal szura po dnie. po południu byłam trzeci raz w tym miesiącu we włoskiej z Luś (trzeba zacząć jeść obiady w domu). tym razem pizza z orzechami i serem pleśniowym, paluszki lizać. potem beza z bezami i mocną kawą. zimno było z rana, ale po południu można iść w słońcu z uśmiechem na twarzy. floksy wczoraj zasadzone. we wtorek Dżi mi mówi, będzie ta lub owa, ja czuję, że będzie ta. więc rano ogarniam rzeczywistość i biorę żakiet. i wcale się nie dziwię, gdy słyszę, że ta mnie szukała. wyprostowałam się/bie oraz fałdy na żakiecie i zachodzę ją od tyłu, jak to komandos. oko mję nie drgnęło, gdy przechodzę na ty. ona jakaś taka umalowana i w butach na wysokim obcasie (widzę ją tak pierwszy raz w życiu; myślała o mnie z rana dłużej niż o mężu, myślę, więc jestem miła i profesjonalna). trzy godziny jak z bicza strzelił, irasmus kud bi maj lajf, mój uśmiech bez cienia fałszu. dzieciaki wdzięczne i poznaję kobietę o imieniu Walentina. reszta to wata cukrowa, no to na razie, na razie dzięki, było miło bardzo, narta, pa, have a nice whatever. dobry dzień. a wczoraj mogłam wstać o 6:30, bo tylko musiałam dojść miast dojechać.

wiesz, że w reklamie orendża gra Schuchardt?

Prince umarł.

2 komentarze:

  1. no żesz! a mogłam żyć w błogiej niewiedzy do jutra. księciowi byłam przeznaczona...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, tak to jest z przeznaczeniami, idą szurać dupą po nieheblowanej desce ;).

      Usuń

miłego dnia. have the nicest of days