środa, 18 maja 2016

chłodny czas

wczoraj niemalże uświerkłam na dworze. pojechałyśmy z Pati zawodowo do Ż. po konkursie zjadłyśmy po zapiekance w pizzeri o nazwie Ola, przybytku z boazerią rodem z peerelu. Ż. mi się przypomniało romantycznie, bo, jak mniemam, ostatnio w listopadzie 2014 zawitałam tam do zakątka Templariuszowego {nie w sensie, że "romantycznie", tylko że głupota i płonne nadzieje moje mi się narzuciły nostalgicznie, gdy robiłam telefonem zdjęcie Sąsiecznicy). po zapiekance spotkałyśmy na przystanku tę samą panią bez zęba na przedzie co pół godziny wcześniej. pani ta z inną panią o tłustych włosach rozprawiały na temat tego, że pińćset złotych nie mogą im zabrać z powodu alimentów, bo taki jest przepis i już. w tym czasie przybytek biegał naokoło i wrzeszczał. syn Dżi złamał rękę. tylko chwila krótkiej wymiany zdań kto gdzie jedzie z kim. od poprzedniego wtorku absolutny chłód ucieczki się wkradł. po ogrodnikach zaczyna się powoli ocieplać. w sobotę jakieś szkolenie. jestem zmęczona.

1 komentarz:

  1. ehhh te pińcet i pińcet... mają czym sie podniecać a tragedyj generuje sporo, choć nie zawsze bo wierzę że niektórym sie naprawdę przyda. Dzieciom, oczywiście.

    OdpowiedzUsuń

miłego dnia. have the nicest of days