sobota, 2 lipca 2016

Lviv / day one

zacznę od tego, że jechaliśmy ... 12 godzin. na granicy w Medyce zmitrężone ponad dwie godziny, a w sobotę rano, zamiast do miłego pokoju nr 560 pogoń na Łyczakowski ... a więc tydzień temu o tej porze:

sobota: czy można inaczej? zapewne moża, ale zdjęcia z polskich wycieczek do Lwowa pełne są cmentarzy. przed granicą dosiadł się do nas przewodnik w czerwonej kurteczce, który działał nam na nerwy przez następne trzy dni.


przewodniczka była naprawdę ok. Oksana wiedziała sporo i nie zawsze zmyślała. nie ukrywam jednak, że nie pamiętam kościołów, więc listy kościołów chwilowo nie będzie, zdjęć też nie. za to mój wzrok przyciągnął plakat nowego filmu z Raskiem:


byliśmy też w pewnej aptece:


i pod pomnikiem ... Krystyny Feldman:


... gorączka była okropna ...


po piętnastej naszego czasu obiadokolacja wymarzona wytęskniona, przed nią prycznic równie mocno oczekiwany


barszcz ukraiński prze pysz ny

do tego stopnia się odwodniłam, że wprawdzie poszłam do opery na Rigoletto na godz. 18, ale postanowiłam wyjść stamtąd w antrakcie. oczywiście opera epicka ... w sensie architektury jak najbardziej, natomiast na wykonaniu chyba za mało się znam ... starali się ... :>


drugi obiad zjadłyśmy z ma późnym wieczorem w restauracji Залізна шапка na ulicy teatralnej:


ostatnie, wieczorne fotografie tego dnia, w drodze do hotelu Lviv:


2 komentarze:

miłego dnia. have the nicest of days