poniedziałek, 11 lipca 2016

parówa

nie, to nie będzie post o dzikim seksie.
złożyło się, że z soboty na niedzielę odbyłam jeszcze jedną rozmowę elektroniczną. z eM. you've heard right. boli mnie, że nie mogę go normalnie jakoś szanować. jedyna taka persona w moim życiu. zbyt toksycznie. naprawdę żałuję, że nie mogę, jak z Templariuszem, spokojnie wysłuchać co tam dzisiaj jadł na obiad i kogo spotkał, bo może wiem o kim mówi. dunno. kiedyś wszystkiego było  ... (za dużo nadziei i za dużo chujowatych zachowań po stronie wspomnianego wcześniej amanta) nie przez przypadek, tylko z decyzji. jego decyzji, która znamionuje chuja do kwadratu bez widoków na resocjalizację. a jeśli nawet się poprawił (szepcze rozmarzona moja naiwna i zawsze szukająca dobra w ludziach osobowość), how to prove it? i po co się w ogóle wysilać?*

po południu było szuszi! z jadzisią! w Darea/i na Kuźniczej. a potem lody waniliowo-orzechowe na Więziennej w Marcello


dzisiaj upał³, zerwałam się wcześnie na jagodobranie, a nie powinnam. odwodniłam się? parówa? poniedziałek? przebiegunowanie ziemi? w każdym razie głowa trochę mję się rozpada. położyłam się na minut dziesięć i zrobiło się z tego popołudnie przedobiednie (jutro będzie lepiej. jutro będzie futro). + zapisałam się do pana macanta i wysłałam zgłoszenie na prawko. jakieś minimum planu działalności mózgowej zrealizowane. not very bad. just regular then.

* nie ma co ukrywać, nawet gdy piszę, czujesz pewnie jak mi to doskwiera, jak mnie to wkurwia ... taki element mojej historii życiowej, który pewnie pozostanie niedomknięty. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

miłego dnia. have the nicest of days