środa, 10 sierpnia 2016

drugi dzień szarości, usta mi pachą łososiem w pomidorach

jedziemy z ma autobusem na dłuuugą wycieczkę, wiemy, że ma być długa, czuję to. autobus ze znanym nam kierowcą zatrzymuje się w jakimś zajeździe. siedząc (gdy siedzę) w oknie miga mi twarz podobna do jej twarzy, ok? ale to nie ona. z pewnością. wysiadam nie wiedzieć czemu, a raczej wysiadamy. wchodzę do środka. w procesie wchodzenia mijam stolik .... nie, to jednak ona. weszłam. to jednak on. uśmiechamy się do siebie tak jak wtedy gdy mijamy się w korytarzu, a on jest zbyt zaskoczony, żeby mieć czas udać, że to nie on. autobus nagle z piskiem opon odjeżdża, biegnę za nim machając chudą rączyną, ale biegnę w jakimś wyjątkowo astmatycznym tempie, zresztą samochód zajeżdża mi drogę. whatever. postanawiam spędzić wakacje w tym oto miejscu, udając, że natykamy się na siebie przypadkiem. co ty na to, mój Watsonie Freudzie? a co powiesz o osobie, która nie skończyła pisać 3 mgr, a zapisuje się na język+język od października? (tylko on-line, mamroczę, jutro im napiszę, że to pomyłka). wróćmy do tego cytatu. teraz wszystko jasne: Templariusz nie istnieje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

miłego dnia. have the nicest of days