piątek, 5 sierpnia 2016

Warszawa 31.07 - 3.08

niedziela
wyjechałyśmy trio Teleexpressem o 6:50. bardzo przyjemna i stosunkowo niedługa podróż. byłyśmy w stolicy przed południem i mogłyśmy się dość szybko zainstalować na Burakowskiej. taki widoczek po drodze:


(do centralnego we Wroc podwiózł mnie Templeriusz z którym od dzisiaj już się nie znam. jednak nie mam siły do ludzi z Aspergerem, nawet wysoko funkcjonującym).

w kolejnych dniach nadużywałyśmy autobusu nr 180 :) ale tego dnia dobrnęłyśmy do Z17. zanim doczłapałyśmy jednak do autobusu i pokoju nr 119 postanowiłyśmy coś wrzucić na ząb. poszło spaghetti i herbatka w vapiano:


tyłka nie urwało (ja robię lepsze i cieplejsze), ale byłyśmy naprawdę głodne. po rozparcelowaniu się na Burakowskiej okazało się, że Powązki mamy pod nosem więc po przebraniu się poszłyśmy na grobbing.


nie weszłyśmy jednak w głąb cmentarza, bo zaczęła nam wygrażać burza. w efekcie skończyłyśmy ... w hipermarkecie, bo i tak trzeba było zrobić zakupy na śniadanie. przetestowałyśmy z A. łososia (Lu się znowu odchudza) ... ale potem były lody w carte d'or i się dieta poszła bujać w pizdu ...


wieczór skończył się niezwykle przyjemnie: same baby, kabanosy tarczyńskiego, słodki alkohol, tv, rozmowy o facetach. 


poniedziałek
przed południem poszłyśmy do Polina. zanim to jednak nastąpiło Luś musiał uzgodnić z googlem jak się obsługuje ekspres do kawy w naszym pokoju (Luś bez porannej kawy i wałków na głowie nie żyje).


a to już okolice Polina:


muzeum spore, trochę inaczej sobie je wyobrażałam.


Miałyśmy na ten dzień niezwykle ambitne plany w rodzaju załatwienia za jednym machem Łazienek i Wilanowa ... :D ... no ale ok ... najpierw lunch w Lalce przy Freta. naleśniki trochę zapychały, nagle zrobiłam się niegłodna ... zdjęcia wyglądają jednak całkiem nieźle ...



Pożegnanie z Afryką, kawa dobra, ciasto marchewkowe świetne, wróblom też smakowało, obesrańce czatowały na nas w sztukach ponad dziesięciu:


spacerowałyśmy również po Barbakanie i robiłyśmy zdjęcia okolicy. Pogoda była piękna ...


w taki sposób na godz. 17-tą doszłyśmy do Placu Zamkowego i niechcący wzięłam udział w tworzeniu znaku polski walczącej:



po 17-tej na balkonie Domu Polonii zaczął się koncert zespołu Contra Mundum i znów przez przypadek załapałam się, tym razem na darmową płytę - jeszcze jej nie przesłuchałam, ale dźwięki na Krakowskim Przedmieściu brzmiały dobrze. idąc dalej Nowym Światem trafiłyśmy na sympatyczną kawiarnię, która zaoferowała nam swoje krzesła przed godz. siódmą. Klubokawiarnia pożyteczna z interesująca obsługą. warto. nad balkonem wiszą charakterystyczne parasolki.

Myckewycz.


a to zdjęcie dwóch panów o których byłam przekonana, że ich znam:


aaaa ... no i jeszcze idąc tak tą niebotycznie długą drogą zostałyśmy wchłonietę przez manifestację młodzieży wszechpolskiej bogobojnie wznoszącej patriotyczne okrzyki ... stałam na chodniku w milczeniu, ludzie przechodzili ... zastanawiałam się jak to było przed wojną, gdy maszerowało z flagami hitlerjugend ...

tego wieczora poznałyśmy ukraińskiego kuzyna Lu. towarzyszył nam do grobu nieznanego żołnierza, gdzie po 20-ej zaczynał się koncert prowadzony przez Orłosia. nie planowałam dostać śpiewnika, ale dostałam śpiewnik :>


także ten, łatwo jest w stolycy pomachać do kamery ... ale ja nie machałam, bo się bałam panów stojących na dachach i patrzących przez lornetki. Igor ich wypatrzył ... czujny jest :). droga powrotna ... pożegnaliśmy się z Igorem. ...


pod pałacem pojawił się gdzie jest ten krzyż z paroma starszymi osobami, które puszczały z magnetofonu przemówienie o Maryi i nawróceniu ...

wtorek
pogoda znowu ładna. poszłyśmy z buta na wykończenie Powązek, ponieważ Luś bardzo chciała zobaczyć grób Borowskiego (mityczny Borowski z którego Luś pisała onegdaj mityczną pracę magisterską). dopiero po jakimś czasie okazało się, że na Borowskiego trzeba iść na Powązki wojskowe ... w efekcie trochę zmęczyłyśmy czas i w końcu wzięłyśmy do wojskowych autobus ... oczywiście na Bytnarze, Zośce i Alku było całe mnóstwo zniczy ... zaskoczył nas cichy Borowski za krzaczkiem i niepozorny grób Dymszy z dwiema doniczkami świeżych kwiatków:


niespodziewanie, bo wcale nie szukałam, weszłam na grób o którym rozmawialiśmy ostatnio będąc we Lwowie, grób matki nieznanego żołnierza:


przed wejściem po piętnastej do Łazienek  zawitałyśmy na obiad do dzika na belwederskiej. samo wnętrze klimatyczne, jakby właściciele z międzywojnia właśnie się wyprowadzili. zupa brokułowa wodnista, risotto zarzucone kurkami, ale niewiele mu to pomogło. herbata świetna. i takie tam:


Łazienki to piękne miejsce, idealne na romantyczną randkę. na dodatek pachną miętą.



czy można było nie wrócić do Pożegnania z Afryką? tym razem wypiłam cappuccino na bazie etiopskiej. ciasto marchewkowe było świetne tak jak ostatnio, czyli świeżość nie była przypadkiem.


potem Lu uparła się, żeby obejrzeć syrenkę, poszłyśmy więc tamką na Powiśle. smak tej innej Warszawy:


dzień zakończyłyśmy spotkaniem z Agnieszką, znajomą Lu, która specjalnie przyjechała do nas pod syrenkę. żeby nie drżeć na chłodzie podreptałyśmy tamką z powrotem z nadzieją na porządną pizzerię i w końcu, po długim marszu oraz zaglądaniu tu i tam, weszłyśmy do Trattoria Bellamonte


niebotycznie długo czekałyśmy całą czwórką na obsługę, która wydawała się być zdumiona, że przyszłyśmy, ale przynajmniej pizza była pizzą. potem czekamy na autobus, pada na nas cienki deszcz ...

środa
pożegnała nas deszczem o poranku. po kanapce w dworcowym starbucksie trzeba było nam jechać pociągiem o 9:35 ...


potem jeszcze autobus, te sprawy ... wróciłam naprawdę zmęczona ... zawsze dobrze jest pobyć gdzie indziej ... złapać szerszą perspektywę, złapałam więc i po powrocie padłam na łóżko.

1 komentarz:

  1. Tia... No rozumiem, że rocznica, że martyrologia, że walka, ale być w stolycy i uprawiać grobbing zamiast clubbingu?! Olaboga! Toż to żywe zewłoki. Wróble na szczęście wprowadzają element życia ;).

    OdpowiedzUsuń

miłego dnia. have the nicest of days