poniedziałek, 14 listopada 2016

nawet najdłuższy wąż kiedyś się kończy*

przedziwny dzień, którym się delektuję. zimno jak diabli i mgła nie pozwalająca widzieć dalej niż na 10 m do przodu. a jednak to piękny dzień i nie wiem czemu to zawdzięczam. pętko kabanosów na śniadanie? :). w każdym razie listopad, wrzód na dwunastnicy roku**, a ja czuję się wyśmienicie, już teraz w szlafroku, z nakremowaną twarzą i drugą parującą herbatą. nie wiem czy uda mi się obfosić choć skrawek superksiężyca, pewnie nie powstrzymam się przed zrobieniem fullmooonspread, a co tam, nic nie wiem, nie muszę, karty mnie bawią, serce mam pokancerowane, ale lekkie i głupie jak but z lewej nogi. nie, nic się nie dzieje. Gosh mnie namawia na Wołyń jutro w kinie, środa szkolenie, więc praca przemieszczona, jaram się jak suche liście. nie wiem czy pójdę na film, jest mi dobrze w tak chłodne klimaty siedzieć w domu obamboszowiona i zajadać sałatkę jarzynową. a przecież jeszcze w piątek gramy w gry planszowe, więc czy nie dość tych wieczorów cudnych poza domem? trochę dość. mmm.

* filozoficzne stwierdzenie pani Urszuli, gdy we mgle dyżuruje za salą ("czemu tu nikt nie pali?" "to chyba koniec pewnej epoki")
** nie jam ci to, Tuwim. bodajże.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

miłego dnia. have the nicest of days