niedziela, 6 listopada 2016

november


zaciął mi się trzeci odcinek szerloka, więc zamiast tego post. w piątek rzeczywiście był Prometeusz w imparcie. 


(a wcześniej kluchy u włocha ... )


coś innego, muzyka ciekawie wykorzystana. nie jakiś eksces, ale było w porządku. w sobotę jednak nie opuściłam zajęć, tylko jedną fonetykę, więc pomimo trudnej sytuacji jestem trochę na plusie, od braku fonetyki raz na jakiś czas nie umrę, zresztą i tak seplenię, więc się nie ma co podniecać. moja ekipa techniczna to w piątek Ada, w sobotę Luś, a dzisiaj Templariusz. (nie poszliśmy na obiad, kawy też nie było, bo na szczęście stwierdził, że może nie powinniśmy robić mamie nadziei. nie ponowiłam zaproszenia, wzięłam prysznic, grzeję się tutaj z mokrą głową) ... miło jest nawet, jak na sytuację wegetacyjną {...bez Stacey nie miałabym pojęcia, że Cubsi wygrali world series} ... a to kawa poranno-sobotnia i ciepły rogalik ...


listopad. nawet człowiek może się trochę poczuć jakby mieszkał w dolinie w książce Tove, choć jest tak jakoś, tak jakoś trochę inaczej. trzeba kupić skarpetki frotte.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

miłego dnia. have the nicest of days