sobota, 18 lutego 2017

zjazd

dobrze, że sobie o nim przypomniałam. odkryłam wczoraj* pyszną babkę piaskową w miejscowej piekarni, dzisiaj uśmiechnęłam się do niej kupując bułkę i pączek z dżemem. na przystanku spotkałam rudą Dorcię, o której wiedziałam, że jest stąd, ale jakoś nigdy nie miałyśmy okazji (teraz wgłębiłam się w jej biografię, łącznie z ostatnim poronieniem. i dobrze. ja lubię otwartość, a ona mogła sobie obniżyć co tam chciała sobie obniżyć mówiąc do mnie) szłyśmy dzięki temu szybko, taka dynamika spaceru porannego na uczelnię. w końcu są oceny z egzaminów sprzed dwóch tygodni. wytrzymałam dwa zajęcia. potem spacer do księgarni tylko po to, żeby pocałować klamkę. obiad w Powoli (kotlety jajeczno-ziemniaczane z dzikim ryżem i kiszoną kapustą, czy to nie brzmi cudnie dziko i ludowo?). i zupełnie nie wiem po co, bo nawet nie mogę powiedzieć, że zaczęło padać, weszłam do kawiarni za winklem (znasz ich creative cafe bistro, naprawdę to ma taką nazwę). kawa z mlekiem mnie prześladuje, a podkreśliłam, że ma być bez mleka, ale ciasto z batatów z pomarańczą bardzo dobre. i jadłam w obecności portretów Fridy Kahlo. szybko wskoczyłam w szlafrok, dzień udany, niezliczone klucze kaczek lecące nad domem, ciepło wisi w powietrzu. Templariusz do pracy na dwudziestą drugą, i jutro pewnie będzie drzemał. myślę o tej babce piaskowej. do tego małe, słodkie martini, mniej ostra zupa krem, jakiś dramatycznie kampowy film w rodzaju latających rekinów.

* kupiłam też nowy laptop i drukarkę hape, ale nie chcę myśleć o tych pieniądzach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

miłego dnia. have the nicest of days