poniedziałek, 10 lipca 2017

historia

drugiego wyjazdu jest krótka, Pe mi pisze przyjedź przyjedź, więc po namyśle dość krótkim jadę.
udałam się do W. przez Jelenią w piątek, wróciłam wczoraj. popołudnie pierwszego dnia bardzo parne. zjedliśmy obiad w rynku Jeleniej, we włoskiej restauracji. jadłam już w życiu lepsze risotto, ale przynajmniej towarzystwo było świetne. lubię Pe. dogadujemy się jakoś tak łatwo. po wjeździe do W. i spacerze brzegiem Bobru ... grad.

pod spodem mała ściąga zdjęciowo-filmowa:











jak widać, grad. nie za bardzo jest się gdzie wybierać, jem za dużo czipsów, trochę boli brzuszek. gadamy nocnie, słuchamy muzyki, Pe ma świetny zestaw dźwięków na swoim laptopie.  aaaa ... i śpię na tapczanie. w ośrodku kultury zupełnie pustym. nad kinem. czad. można słuchać muzy na pełen regulator, zero sąsiadów. i śmieszna rzecz, na przeciwko naszego lokum jest jedyny dom, pustostan, z którego nie zdjęto starej nazwy tej ulicy. Ulica Politajewa :D.

(poznałam też Basię, Basia robi tu wszystko, przynosi mi pościel z domu. ale to dopiero jak przebiegnie 7 km)

następnego dnia chodzimy po W. najpierw idziemy na szlak w kierunku zamku. po drodze pijemy pepsi/kawę w pałacu prowadzonym przez pewnego Belga. uroczy zakątek, spacer długi i przyjemny. zaczyna kropić, gdy człapiemy na zamkową wierzę, żeby zobaczyć jak uregulowany Bóbr okala miasto. po powrocie na dół idziemy odpocząć do naszego kina :). godzina leżakowania, potem obiad w jedynej chyba pizzerii w mieście. są bez konkurencji, ale pizza i tak pyszna, zamawiamy największą i dzielimy na dwa smaki. wieczorem idziemy nad Bóbr, drogi o którą Pe chodziło nie udaje się odnaleźć, za to zaczepia nas starszy pan, który chce nas zaprosić na kawę i widzę pole namiotowe na którym grał M. Lubomski. w ogóle muzyczny wieczór ... słuchamy wszystkiego, pod sam sen już po północy całej płyty Bukartyka ... na półpiętrze łapiemy wi-fi ... wsłuchuję się w ciszę korytarzy ...

w niedzielę przed południem poznaję Zbynia. w końcu pojawiają się jacyś inni ludzie w naszym kinie duchów, sztuk sześć. chłopaki na dole ośrodka w kuchni kręcą parę scen, a ja odsypiam przegadaną noc. po zdjęciach mamy jeszcze ponad godzinę do mojego odjazdu, więc idziemy do uroczej M. w trójkę, biorę tosta, gadamy jakbyśmy się znali i znali. Zbyniu jest ok.

Pe nie jedzie ze mną do Jeleniej, bo po 15-tej następne dokrętki. machamy sobie przez szybę. w drodze powrotnej kupuję w matrasie w Nowym Rynku zakurzone cd, na ślepo, w nadziej znalezienia czegoś w jidysz. o :)

a dzisiaj nie mogę się dobudzić (po tym, jak żegnam rodziców po piątej), bardzo ładnie, grzmi i buczy, na obiad moje wege gołąbki popite całą butelką pepsi. mam dzwoni mi po 14, że dojechali do Sieniawy i są bardzo zadowoleni. tatko upublicznia fotki na tle pałacu. prace genealogiczne trwają. za oknem najpierw siąpi, teraz leje ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

miłego dnia. have the nicest of days